Kolorowe i radosne

- Udzie­la mi się poch­mur­na at­mos­fera. Idę na spa­cer i nie wrócę, póki nie zro­bię ko­loro­we­go, radosnego zdjęcia – mówię i kupuję ze­staw dzien­ników.
- To niech pan pój­dzie na Nowy Świat i sfo­to­gra­fuje ja­kąś re­klamę.

Sprze­daw­czyni w kio­sku ma ta­kie sa­mo pierw­sze sko­ja­rze­nie, jak ja. Coś ko­loro­we­go i radosnego? Re­klama.

Wsia­dam do pierw­sze­go lep­sze­go tram­waju i spo­glądam przez szy­bę. Celowo unikam re­klam i rado­ści ty­pu “wow, ale su­per ma­ka­ron” (ca­ła ro­dzina uśmiech­nięta). Szukam au­ten­ty­ku, ma­łej fabułki, cze­goś z życia. I znaj­du­ję.

Za­trzymu­je mnie na­pis “ko­cham cię Mar­tuś” na­ma­lowany akro­batycz­nie na mo­ście Gdańs­kim. Ja­kie mi­łe wy­zna­nie, złożone z na­rażeniem życia.

Ale za­raz po­tem wi­dzę ten sam sza­blon i tym razem “ko­cham cię Kaśka”.

Ktoś tu pro­wadzi in­tym­ny pa­mięt­nik, a ten most to hi­sto­ria jego mi­łosnych za­wodów. Nie­po­koi mnie jaw­ność tych wy­znań. Być mo­że od­rzucone dziew­czyny na­tręt­nie tu wraca­ją i spraw­dzają: kto te­raz? Ich niesz­częśliwe du­szycz­ki pew­nie już te­raz straszą na Gdańs­kim. A za kil­ka lat będzie tu drugi Czorsz­tyn.

Kie­ruję obiek­tyw na Wi­słę. Ni­ski po­ziom wo­dy od­słonił dno i utworzył wy­sep­ki wo­kół fi­larów. Wy­star­czająco ko­loro­we i radosne.

Bo była ciepła, ta woda

- Ja coś pa­ni po­wiem sz­cze­rze. Ostat­nio mnie ka­loryfer ciekł, to, (spo­strze­ga mój uśmiech) ale nie, sz­cze­rze mówię, sz­cze­rze mówię, wziąłem, młot­kiem puk­nąłem z te­go względu, że na­praw­dę nie, bo tak: myślałem, że jest za­po­wie­trzony. Prze­kręciłem kur­de, ale wie pa­ni, to tro­chę za­kręt wziąłem.
- Za moc­no… – pod­po­wia­da dziew­czyna.
- Za moc­no.
- Więc się ob­lu­zowało.
- Ob­lu­zowało. Zna­czy mo­że nie ob­lu­zowało, tyl­ko po pro­stu, wie pa­ni, przez lato tam mo­że ja­kiś luz się zro­bił, wo­da po­szła, wie pa­ni, w ka­loryfery, trzasnąłem młot­kiem i jest git. Ale wie pa­ni co? Nie zro­bi­łem … bo wziąłem ta­ki kube­łeczek, wie pan, jak pan lody z te­go, z Gra­cja­na, z ta­kim usz­kiem, wziąłem po­wie­siłem, żeby wo­da nie ucie­ka­ła.
- Fan­tastycz­ne.
- A co z tą wo­dą zro­bi­łem?!
- Po­d­lać kwiat­ki można.
- Nie, nie, da­łem do zmywania. A wie pa­ni dlacze­go, bo by­ła cie­pła, ta wo­da.
- Ja­ka osz­częd­ność, tak na­praw­dę.
- Nie, bo ja na­praw­dę też jestem osz­częd­ny, ja wi­dzę, jak lu­dzie wy­rzuca­ją, wie pa­ni, fo­lia, nie fo­lia, to­reb­ki, bu­tel­ki od­dziel­nie, praw­da?
- Ale to i tak bar­dzo ma­ło lu­dzi to ro­bi.
- Nie, strasz­nie ma­ło lu­dzi. Co z te­go, że to na ulicy jest?
- Lu­dzie te­go nie do­cenia­ją.
- Mo­że do­cenią, ale wie pa­ni kie­dy? Kie­dy będzie za późno.
- Zga­dza się.
- Ale niech pa­ni zo­baczy …
- Mo­że do­cenią, kie­dy będzie dro­gie – mówię.
- Ale właśnie o to chodzi. Niech pan zo­baczy te wszyst­kie kur­de fil­my i tak da­lej, to scien­ce fic­tion, to właśnie do tej na­szej kur­de mia­ry pod­chodzą. To jest wszyst­ko, to co tam ni­by wie pan zmysłów, ale to jest to sa­mo. Ja po­wie­dzia­łem na­wet swojej po­łów­ce, bo tak ją na­zywam, Iwona, zo­baczysz, to przyj­dzie, to przyj­dzie, to wszyst­ko przyj­dzie, te ro­baki, nie ro­baki i tak da­lej.
- Zga­dza się.
- Te prusaki i nie prusaki. Prze­cież, wie pa­ni co, nie wiem, czy pa­ni słysza­ła …
- Mam na­dzie­ję, że nie ma pan na myśli Mar­sjan – do­rzucam.
- Nie, nie, nie, na te­mat prusaków prze­cież. Nie wiem, czy pa­ni słysza­ła, że Unia Eu­ro­pej­ska, nie wiem, trzy mi­lio­ny eu­ro wy­dają na prusaki i świersz­cze, żeby je wpier­dalać, z te­go względu, prze­praszam, za te mo­je słow­nic­two, bo tam jest du­żo białka.
- Oczywi­ście, że tak.

Jestem łatwa jak niedzielny poranek

Za­sko­czył mnie ostat­nio tekst pio­sen­ki Lio­nela Richie “Easy”. Wy­dawało się, że to po­god­na pio­sen­ka, do­bra na­wet dla dzie­ci, a tym­czasem wie­le w niej doj­rzałej żądzy, brud­nej na­mięt­no­ści i chęci upad­ku. Ukryte prze­słanie pio­sen­ki ude­rzyło mnie, gdy po wie­lu mi­nutach au­to­ma­tycz­nego nucenia zdałem so­bie sprawę, o czym ja wła­ściwie śp­ie­wam.

Po­nie­waż jestem łatwa
(that’s why I’m easy)
jestem łatwa jak nie­dziel­ny po­ranek
(I’m easy like sun­day mor­ning)
Ooo, jestem łatwa.
Jestem łatwa jak nie­dziel­ny po­ranek.

Ch­cę się naćp­ać!
(I wan­na be high)
naćp­ać
(so high)
… (I wan­na be free to know The things I do are right)

Mo­ja od­ważna na­d­in­ter­pre­tacja spot­ka­ła się z nie­zadowole­niem dziew­czyn.
- Dlacze­go śp­ie­wasz “jestem łatwa”, prze­cież śp­ie­wa facet?
- No tak, ale oni nie są łatwi.
- Są, i to jesz­cze jak. Ty­po­wy przy­kład to gość, który myśli o so­bie: nie­zły ze mnie Ca­sanova, a tak na­praw­dę jest łatwy.
- Mia­łem raczej na myśli, że zw­rot “łatwy facet” nie funk­cjonuje w języku.