Gryzę ramię

26 02 2010 at 2:45 am 500/dzień
tags , ,
059b
Mia­­­­­­­­now­nik:
Edrache i Ka­­­­­­­­pust­ka

Do­­­­­­­­pełn­­­­­­­­ia się
rysunek te­­­­­­­k­stem lub tekst rysun­kiem

Celow­nik:
1 rysunek i 500 słów dzie­­­­­­­n­nie

— tu­­­­­­­­taj celowo po­­­­­­­­mi­­­­­­­­nięty bie­­­­­­­r­nik

Na­­­­­­­­d­rzęd­nik:
z kim z czym łatwiej po­­­­­­­­ko­­­­­­­­nać bie­­­­­­­r­nik?

Mie­­­­­­­j­scow­nik:
edrache.pl oraz ka­­­­­­­­pust­ka.net

— wo­­­­­­­­łacz na­­­­­­­­stępuje po­­­­­­­­ni­żej

060a
1
Bu­dzik. Wczoraj Wi­tek pew­nie liczył, że będę na­rze­kał, kwękał, chole­ra wie co jesz­cze. A ja wy­pa­liłem „żyję jak król”. Jego gęba, zresz­tą mniej­sza z tym. Tak rzuciłem dla hecy. Ka­wa i bu­ła z so­poc­ką na śnia­danie. W su­mie, co go zdziwiło? Niech po­pa­trzy na stu­den­cia­ków, co po­da­ją żar­cie za trzy ze­ta od go­dziny. Win­da. Al­bo bu­dow­lańc­ów, ski­tranych w baraku, da­le­ko od do­mu. Z maj­strem na głowie. Ja nie mam co na­rze­kać.

Sto­ję obok skrzyżowania o wpół do siód­mej. Słońce już pełne, ale wciąż ma­ło lu­dzi. Eki­pa po­rząd­ko­wa zrywa plaka­ty z przy­stan­ku. Mi­ja kwadrans. Mo­ja do­stawa przy­jeżdża spóźn­io­na. Nie­znoszę lu­dzi, co wi­tają się na od­czep­ne­go. Ten wy­mam­ro­tał „do­bry”, po­dał mi dwa wóz­ki i ty­le. Wy­star­czy, żeby sch­rzanić naj­lep­szy na­strój. Ciągnę na wy­sep­kę po­między pa­sami. Ulice ożywają.

- Pro­szę – wręczam ga­ze­tę. Facet na­wet nie po­dzięko­wał, ta­cy są lu­dzie! – Kur­na ale upał, za­raz się udu­szę! – za­ga­du­ję i wciskam mil­czącej babie. Na czer­wonym świe­tle mruczę „By­ło to te­mu to by­ło w ma­ju, Bajubaj baju baj”. Pod­chodzi urzędas. – Dzień do­bry, jak zdrów­ko? Mo­że ch­ce pan … – wy­ciągam rękę. Ale on udaje, że się na coś za­ga­pił. Myśli, że te­go nie wi­dać? Że jestem ja­kimś de­bi­lem? Ko­leś, ta­kie „oj, mu­szę się za­ga­pić” wi­dać na ki­lometr!

Prze­jeżdża czer­wony tico. Spraw­dzają, czy nie wręczam po dwie sz­tu­ki i czy w ogóle sto­ję. Pod­chodzi ko­bie­ta, pa­trzy wy­raźn­ie na mnie i cze­ka na eg­zem­plarz sz­ma­tław­ca. Po­ka­zuję na­główek – „re­ligij­ny ban­ko­mat”, ko­niec świa­ta dro­ga pa­ni, po pro­stu ko­niec świa­ta. Ban­ko­ma­ty są bar­dziej wie­rzące od nas. – za­czynam ro­z­mo­wę. Sto­imy razem. – To mia­sto, to jeden wiel­ki śmiet­nik …– do­rzucam ale ona nie kuma. Nie kuma i na­gle wy­bu­cha. – Do­stanę tę ga­ze­tę, czy nie!? – Nie wy­trzymu­ję, po­da­ję jej po­gnie­cio­ną i mówię. – Tro­chę sza­cun­ku, głupia babo!

Nie mam co na­rze­kać. Opróżn­iłem wóz­ki i pusz­czam sy­gnał po do­stawę. W międzyczasie pod­chodzi ko­leś. – Sz­ma­tław­ca już nie mam. Dziś ch­rzanili o jaz­zie nad Od­rą. A to syf! I jesz­cze ten de­bil­ny po­mysł aby sądzić es­be­ków. Po­winien mi pan dzięko­wać, że już nie … – Chyba znudzony odw­raca się i od­chodzi.

Wracam do swej dziu­pli. Od­sy­piam kil­ka go­dzin. W kurie­rze wia­domość dnia: au­to­bus zo­stał prze­cięty przez tram­waj. Nie ma trupa. U Gra­czyków kom­plika­cje. Ewe­lina wy­gra­ła z rakiem. Ale gdy wraca­ła ze sz­pitala, jej sa­mo­chód zo­stał prze­cięty przez tram­waj. Chole­ra, o co chodzi z ty­mi tram­waja­mi? Tak ni­mi straszą, że za­raz ocipie­ję! Jak tu wyjść do ro­bo­ty jutro, ja prze­cież mam przy­stanek tuż obok. Uspo­ka­jam się, bo już 18:30. Otwie­ram war­kę i na­stawiam „ja­ka to melodia”.

Wie­czorem wpa­dam do knaj­py. Spo­glądam głębo­ko w oczy Wit­kiem. Moc­no ściskam dłoń. Ta­kie przy­witanie to ja ro­zu­miem.
- Pa­miętasz, co wczoraj po­wie­dzia­łem?
- Że żyjesz jak król.
- Ja pie­przę, chyba się myliłem. Nie­na­widzę tych lu­dzi.
- Ale ro­bo­ta do­bra, już mów…
- Wi­tek, ja dla nich jestem ta­ką sa­mą czę­ścią ulicy jak kosz na śmie­ci.
- Oj, się przej­mu­jesz.
Od­po­wia­dam spoj­rze­niem.
- Do­bra, za­skocz ich. Cze­go ch­cą?
- Ga­ze­ty oczywi­ście.
- A ty cze­go?
- Żeby trak­to­wali mnie jak człowie­ka.
- To chyba … mu­sisz stać się ga­ze­tą … ro­zu­miesz?

Wit­ka nieźle po­gięło. Sie­dzia­łem tam jesz­cze ch­wilę. Ro­z­ma­wia­liśmy o Bo­gu.

2
Roz­dawanie goździków na ulicy. Wy­na­gro­dze­nie 8zł net­to/h. Wy­mo­gi: ko­mu­nika­tyw­ność, dys­po­zycyj­ność, ucz­ciwość, brak aler­gii na kwia­ty, od­po­wie­dzial­ność, do­bra pre­zen­cja i mi­ła apa­rycja. Wy­ksz­tałc­enie: brak lub nie­pełne pod­stawowe.

Ta ro­bo­ta to święto ko­biet. Codzien­ne święto ko­biet. Jestem schowany za ogrom­nym pękiem bez­płat­nych goździków i wciskam je wszyst­kim, jak le­ci. Ruty­na da­wania spo­ty­ka ruty­nę otrzymywania. Bierz kwia­tek i spa­daj. Pierw­szy wręczam sym­pa­tycz­nej ko­bie­cie, za­pew­ne w waka­cje po­jedzie nad Bałt­yk, lu­bi ko­kie­to­wać i dbać o sie­bie. A dwudzie­sty wciskam ko­muś. Mo­że na­wet nie, mo­że tyl­ko mi się zdawało, że go wcisnąłem. Choler­nie łatwo przy­wyk­nąć. Bu­dzik.

Do­staję dwa wóz­ki. Mam ma­ło cza­su. Nor­mal­nie zer­kam na okład­kę i tył. Tym razem czytam po ca­ło­ś­ci. Za­pa­miętu­ję ty­tu­ły i co bar­dziej po­rusza­jące ka­wałki. Or­ka zja­dła swojego trenera, do­bre. Mi­nister ma po­czucie krzyw­dy, słabe. Ban­ki uważn­iej zbadają klien­tów, ważne. Pie­lęgniar­ki straj­kują, prze­widywal­ne. Pow­tarzam. Uczę się sy­tu­acji na zdjęciach. Siód­ma. Jestem go­to­wy na po­pro­wadze­nie tej lek­cji. Lek­cji z wie­dzy o świe­cie. Stałem się pie­przoną ga­ze­tą.

Czas się roz­dać. Pod­chodzi dwudzie­sto­let­nia dziew­czyna. Bar­dzo po­woli przy­bliżam pi­smo do jej wy­cze­kującej ręki i strzesz­czam. Pa­trzy jak na świra ale słucha. Pod­chodzą in­ni. Ktoś ro­bi zdjęcie. Chi­chot. – Śred­nia mie­sięcz­na cena spo­to­wa wy­nosił 78,39 eu­ro i wciąż by­ła po­nad dwukrot­nie wyższa niż śred­nia z, 2009 ro­ku uka­zał się nowy long­play Rob­bie­go Wil­liam­sa, “Re­ality Kil­led The Video Star”. Dys­ko­gra­fię Ta­ke That za­myka krążek “The Cir­cus”, który uka­zał się 1 mar­ca. Wtedy za­głosuje nad nią Se­nat Ka­lifor­nii. Jeśli tak się nie spraw­dzi, to ja­ko pierw­szy będę mógł po­wie­dzieć: cóż, stary, nie udało się. Te­sto­waliśmy jesz­cze kil­ku za­wod­ni­ków, ale na dzień dzi­siej­szy nie ma­my wia­domo­ści, że któryś z nich za­gra w run­dzie wio­sen­nej w Cracovii.

Wy­pa­planie ca­ło­ś­ci zaj­mu­je oko­ło mi­nuty. Po­tem od­twarzam ilu­stracje. Trzydzie­sty raz jestem or­ką i gryzę własne, trese­ra, ramię. W gru­pie słuchaczy wczoraj­szy urzędas i ch­łopak. I mój do­staw­ca! Przy­jechał spraw­dzić cze­mu tak długo nie dzwonię. Na­wet nie mruk­nął „do­bry”. Zo­rien­to­wał się, co jest gra­ne i ch­wycił za wóz­ki. Pa­lant. Niech je za­bie­ra, ja ich nie po­trze­bu­ję.

Czy tak so­bie to wy­obrażał Wi­tek? Po­ch­rzanio­na sprawa. Nie jestem już człowie­kiem-sto­ja­kiem. Do­strze­ga­ją mnie. Od­bi­łem się od lu­dzi-przed­mio­tów. Od lu­dzi-traw­ników, uto­pio­nych w miej­skich ziel­nikach. Od za­plątanych lu­dzi-sz­nuro­wadeł. Skun­dlonych lu­dzi-pi­wo, którzy ca­ły dzień pow­tarzają „ej ko­leś, daj na pi­wo”.

Tra­cę za­in­tereso­wanie. Kom­bi­nuję. Zwykłe wia­domo­ści to za ma­ło. Mo­że cie­kaw­sza będzie ga­ze­ta jutrzej­sza? Prze­cież więk­szość tych wy­darzeń jest prze­widywal­na. Za­czynam szyć: – Nie na­le­ży też sa­mo­dziel­nie do­ko­nywać prze­róbek czy na­praw ta­kich urządzeń. Czad, czyli tle­nek węgla, jest ga­zem pow­stającym w pro­cesie ws. “sek­safery” w Sa­mo­obro­nie ska­zał na pięć lat więzie­nia po przy­zna­niu się do ta­kich sz­tu­czek. Pow­tórzę więc pytanie: po co w ta­kim razie ta awan­tu­ra? Po­wie­dzia­łam jedynie, co myślę. I nie żałuję. Uważam, że w końcu atakują. Black po­wie­dzia­ła CNN, że or­ki na wol­no­ści żyją w gru­pach ro­dzin­nych, a sam­ce zo­stają ze swoją mat­ką na ca­łe życie. Kie­dy sa­mi­ca umie­ra, stado za­zwyczaj roz­pa­da się.

Do­chodzę do sed­na – Jutro na tym skrzyżowaniu do­szło do tra­gicz­nego wy­pad­ku z tram­wajem.

3
Ster­czą nie­ruchomo. Pew­nie w środ­ku po­rusze­ni. Kur­de, prze­ceniłem go­ści. Prze­stali chi­chotać i po­woli trybią ostat­nie słowa. Po­mo­gę im z de­ka. Ina­czej się udu­szą od te­go móżdżenia i ty­le będę miał z tej publiki. – Tak, jutro na tym skrzyżowaniu wy­darzył się wy­pa­dek! Przyjdźc­ie od­po­wied­nio wcze­śniej, żeby stanąć do­god­nie do ga­pie­nia. Kil­ka mi­nut późn­iej będzie trud­no o do­bre miej­sca. Za­pro­ście zna­jomych. I za­łóżc­ie po­rząd­ne ciu­chy, będzie­cie prze­cież w głów­nym wy­daniu kurie­ra.

W końcu za­ja­rzyli. Wczoraj­szy urzędas rzucił pierw­szy – Pro­szę pa­na, do tej po­ry był pan za­baw­ny. Ale te­raz to mówi pan już całk­iem od rze­czy. Sko­ro Pan wie, co się wy­darzy, to niech Pan za­gra w tot­ka! – Jego głos brzęczy jak zep­suty sil­nik. Mo­że się po­d­ja­rał. Chole­ra, mam na­dzie­ję, bo długo z nim nie wy­trzymam. Rów­nie do­brze mo­gę nad­stawić łeb do wy­de­chu au­to­bu­su.

- Tro­chę sza­cun­ku pro­szę. Prze­cież ja z sym­pa­tii wam to opo­wia­dam. Ch­cę, żeby­ście tę wia­domość mo­gli zo­baczyć na żyw­ca. A to, że się zdarzy, jest pra­wie pew­ne, bo ina­czej nie będą mie­li co po­ka­zać w te­le­wizji. Nie jestem pe­wien miej­sca, choć czuję, co tam, jestem pe­wien, że tu­taj! – Próbu­ję ich prze­ko­nać. Do­staw­ca za­ko­sił tyl­ko wóz­ki. Wciąż mam na so­bie fir­mo­we ciu­chy. Po­ma­rańczowe. Ro­snę z po­wodu czap­ki. Jestem bar­dziej jebliwy, niż świa­tła dro­go­we. – A po­za tym jest całk­iem spo­ra szan­sa, że weźm­ie­cie w tym udział!

– Za­raz, ch­cesz po­wie­dzieć, że jutro zginie­my? – To ich wkurzyło. Nie sądzę, by kie­dyś mie­li ta­kie krzywe ryje, przy czytaniu ga­ze­ty. Pełny suk­ces, jestem kimś więcej. – Hej go­ściu, cze­mu nas straszysz? Kto dał ci do te­go pra­wo? A mo­że to za­planowałeś, po­pa­prańcu – rzuca­ją pytania na prze­mian. Za­gę­ścili wia­nek. Sz­cze­gól­nie agresyw­ny ro­bi się urzędas. Roz­pycha łok­cia­mi i staje na­prze­ciw. Pow­tarza tym zrypa­nym głosem. – Dlacze­go nas straszysz? – Po czym wy­ciąga swoje ni­kłe rącz­ki, i pcha mnie! Jak­bym był za­gra­ca­jącym przej­ście sto­ja­kiem. Zdu­mio­ny le­cę na gle­bę. Od­chodzą.

Ob­chodzą mnie udając bar­dzo za­pa­trzonych. Ko­leś, ta­kie „oj, mu­szę się za­ga­pić” wi­dać na ki­lometr! Wit­ka jed­nak po­pa­prało. Za­miast to spo­koj­nie ro­ze­grać, to strze­lił z ta­kim po­mysłem. Cie­ka­we czy on miałby od­wagę. Kur­na, pod­pu­ścił mnie. In­tereso­wałem ich tyl­ko ja­ko osza­lała Okra lu­do­jad. Cze­ka­li aż będę gryźć ramię. I rżeli ze śmie­chu.

Wstaję. Mu­szę od­kręcić, ro­bo­ta nie jest zła. Kom­bi­nuję ja­kąś baj­kę, pew­nie do­staw­ca już wszyst­ko wy­pa­plał. Dzwonię. – Hej, mia­łem dziś nie­złą przy­go­dę. Sam w to nie wie­rzę. Ro­z­noszę nor­mal­nie, a tu pod­chodzi ko­leś. Wciskam mu i wy­pa­truję na­stęp­nej oso­by. Ale on za­czyna opo­wia­dać. Że ma pro­blem z nogą, i czy mnie też mo­że bo­li. Za­ga­daliśmy na ca­łego. Ja­koś mnie to wciągnęło, za­pom­nia­łem o świe­cie. Tak, zga­dzam się na po­trącenie pięciu dych z naj­bliższej wy­płaty.

Od­ra­to­wałem. Znowu jest dzień ko­biet. Ci­szę za­bi­jam pio­sen­ka­mi. „Bal­lada z trupem, z trupem bal­lada/ otwie­ram sza­fę facet wy­pa­da”. Po­da­ję ko­lej­ną garść szokujących wie­ści ko­muś. Ale spo­koj­nie. Są okrop­ne, ale gdzieś da­le­ko. Spot­ka­ją Gra­czyka. Spad­ną na Grecję. Kur­na, nie wiem gdzie. Nie weźm­iesz w nich udzia­łu. Raczej. Mo­że na­wet nie wręczyłem, tyl­ko mi się zdawało. O siód­mej będzie „ja­ka to melodia” i war­ka.

Na­gle wi­dzę go­ścia. Był wczoraj i pa­mięta. Stu­dent. Pew­nie zacz­nie mnie szan­tażować, ta­ki to nie ma nic do stracenia. – Dzień do­bry. Już po wy­pad­ku, czy jesz­cze przed? – za­czyna się pa­stwić. Obok tram­waj, cz­ter­nast­ka.  Mo­gę po­ka­zać, że mia­łem rację, ale ja­koś wy­trzymam. – Ej, wczoraj mnie po­nio­sło – przy­zna­łem. Sym­pa­tycz­nie spoj­rzał. – W su­mie to by­ło za­baw­ne. Ja nie mam żalu. Tyl­ko ten gość, co pch­nął tro­chę prze­sadził. Mu­szę le­cieć, do jutra!

  1. wer­sja do druku

2 Responses to “Gryzę ramię”

  1. Lukino says:

    na trzy części czeka się dwa razy.

  2. kapustka says:

    :) !

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.