W powietrzu

06 03 2010 at 10:29 am 500/dzień
tags ,
063
Mia­­­­­­­­­­­­­now­nik:
Edrache i Ka­­­­­­­­­­­­­pust­ka

Do­­­­­­­­­­­­­pełn­­­­­­­­­­­­­ia się
rysunek te­­­­­­­­­­­­k­stem lub tekst rysun­kiem

Celow­nik:
1 rysunek i 500 słów dzie­­­­­­­­­­­­n­nie

— tu­­­­­­­­­­­­­taj celowo po­­­­­­­­­­­­­mi­­­­­­­­­­­­­nięty bie­­­­­­­­­­­­r­nik

Na­­­­­­­­­­­­­d­rzęd­nik:
z kim z czym łatwiej po­­­­­­­­­­­­­ko­­­­­­­­­­­­­nać bie­­­­­­­­­­­­r­nik?

Mie­­­­­­­­­­­­j­scow­nik:
edrache.pl oraz ka­­­­­­­­­­­­­pust­ka.net

— wo­­­­­­­­­­­­­łacz na­­­­­­­­­­­­­stępuje po­­­­­­­­­­­­­ni­żej

Szukam spo­so­bu na nie­banal­ną fan­tasty­kę. Jed­nocze­śnie próbu­ję, po se­rii ek­s­perymen­tów, opo­wia­dać w spo­sób zwyczaj­ny. W ko­men­tarzach pro­szę o opis, jak to sma­kuje. Przy­kładowa od­po­wiedź: jak ryb­na po­traw­ka z ma­ka­ro­nem.
Sz­cze­gól­nie po­lu­bił jed­ną ska­łę, która by­ła trzy razy więk­szą od nie­go i le­żała blisko chat­ki. Wdrapywał się na nią ca­łymi po­po­łud­nia­mi, po czym ze­ska­ki­wał, w jego od­czuciu opa­dając coraz wol­niej. Ma­chał przy tym ręka­mi i noga­mi na naj­różn­iej­sze spo­so­by i był całk­o­wicie prze­ko­na­ny, że jeżeli półork cze­goś bar­dzo, ale to bar­dzo pra­gnie, to z pew­no­ścią kie­dyś mu się to w końcu uda. Zo­baczyła go ma­ła Mie­czysława, ryk­nęła ze śmie­chu i po­bie­gła do rówie­śników za­ko­pujących się coraz głębiej wśród cie­płych rud metali. Nie ch­ciał tu być, gdy z ni­mi wróci.

- Syn­ku, bóg jest w środ­ku zie­mi! Prze­stań na nie­go tu­pać! – Ma­ma by­ła or­kiem.
- Ale dziś już przez ch­wilę za­wisłem w po­wie­trzu – po­wie­dział ucie­szony i pod­szedł do pa­le­niska.
- Nig­dzie nie po­le­cisz! Za mu­rem za­bi­ją cię lu­dzie!
- Mo­żemy uciec gdzieś znacz­nie da­lej, w miej­sce bez woj­ny. – Kuch­nię wy­pełn­iał za­pach ryb­nej po­traw­ki. Nie by­ła to jego ulu­bio­na po­trawa.
- Będziesz mu­siał mnie zo­stawić!

Zro­zu­miał, że mat­ka nig­dy nie od­waży się od­bić od grun­tu i po­szy­bo­wać razem z nim. Na­brali rów­ne por­cje jedze­nia do bez­ksz­tałt­nych glinia­nych sko­rupek i po­żywili się, w ci­szy wy­mie­nia­jąc spoj­rze­nia. Ogień jesz­cze mi­go­tał przez ch­wilę, po czym osłabł i zgasł, po­zostawia­jąc go­rący żar, który jutro rano wznie­ci się na nowo, pod­czas nau­ki z łowie­nia pstrągów.

Próbo­wał nie zw­racać uwagi na Mie­czysławę, która be­z­ustan­nie stawała i schodziła z ma­łego ka­mie­nia wrzesz­cząc – ja latam, ja latam! – To­warzyszył jej krzykliwy śmiech ch­łopa­ków, głośniej­szy od roz­pędzonego strumie­nia. Prze­stała do­pie­ro, gdy otrzyma­ła wiot­ką i za­ostrzoną ga­łąź. Opie­kun roz­stawił dzie­ci w mia­rę rów­nych od­le­gło­ściach i na­ka­zał roz­po­częcie.

Ch­ciał zbu­dować prze­wężenie, w którym pstrągi znaj­dą się na wy­ciągnięcie ręki. Ch­ciał skie­ro­wać je na sieć al­bo do śle­pego zaułka. Ch­ciał użyć węd­ki. Jed­nak tak jak po­zostali, po­chylił się i pa­trzył na własne od­bi­cie, co roz­pro­szy­ło jego uwagę. Na­gle wo­da błysnęła metalicz­nie. Za­wahał się, po czym rzucił osz­czep niez­dar­nie i o wie­le za późno. Roz­złosz­czony wy­łowił broń, która ut­kwiła w sz­cze­linie dna. Ch­wycił za sam ko­niec, pod­niósł ramię, za­cze­kał na do­god­ny mo­ment i w kon­tro­lowany spo­sób wal­nął.

Na wi­dok zdobyczy ruszy­ła w jego kie­run­ku zaz­dro­sna Mie­czysława. Spa­raliżowało go. Mo­że udawać, że jest tak głupi jak ona, ale w bi­ja­ty­ce z nią nie szans. Ma­sze­ro­wała gniew­nie wz­dłuż ka­mie­nistego brze­gu. Do­strzegł, że jest wście­kła i na­wet nie będzie ro­z­ma­wiać. Na trzy kro­ki przed zde­rze­niem ch­wyciła obu­rącz broń i za­mach­nęła się zza głowy. Zdołał prze­łamać odrętwie­nie, odro­bi­nę od­sko­czyć i za­blo­ko­wać cios. Pstrąg spadł na zie­mię. Skrzyżowane ga­łęzie po­pęka­ły i nie na­da­wały się do wal­ki. Prze­rażony si­łą, wy­ko­rzystał mo­ment za­gubie­nia i sko­czył do rze­ki. Nig­dy wcze­śniej nie za­wisł w po­wie­trzu rów­nie długo. Opadł w spo­wol­nie­niu i próbo­wał od­czytać z twarzy po­zostałych dzie­ci, czy wi­dzie­li ten nie­samo­wity lot. Jak będą go te­raz trak­to­wali? Czy zro­bił na nich wrażenie?

Za­myślony stanął i za­nim zo­baczył, dziew­czyna by­ła już za jego ple­ca­mi. Niez­dar­nie po­waliła go po­tężn­ym ude­rze­niem, od którego za­nurzył się ca­ły i prze­d­ry­fo­wał pew­ną od­le­głość, po czym wyw­lekł go opie­kun, znudzony nie­cie­ka­wą wal­ką.

- Mój sy­nu, w końcu stajesz się mężczyzną! Agresja, krew, brawo!
- Ja nig­dy nie będę tak sil­ny! Mat­ko, po­słuchaj mnie! Mu­simy stąd uciec!

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.