Gra kompozycyjna

09 03 2010 at 2:09 am 500/dzień
tags ,
02-hover
Mia­­­­­­­­­­­­­­­now­nik:
Edrache i Ka­­­­­­­­­­­­­­­pust­ka

Do­­­­­­­­­­­­­­­pełn­­­­­­­­­­­­­­­ia się
rysunek te­­­­­­­­­­­­­­k­stem lub tekst rysun­kiem

Celow­nik:
1 rysunek i 500 słów dzie­­­­­­­­­­­­­­n­nie

— tu­­­­­­­­­­­­­­­taj celowo po­­­­­­­­­­­­­­­mi­­­­­­­­­­­­­­­nięty bie­­­­­­­­­­­­­­r­nik

Na­­­­­­­­­­­­­­­d­rzęd­nik:
z kim z czym łatwiej po­­­­­­­­­­­­­­­ko­­­­­­­­­­­­­­­nać bie­­­­­­­­­­­­­­r­nik?

Mie­­­­­­­­­­­­­­j­scow­nik:
edrache.pl oraz ka­­­­­­­­­­­­­­­pust­ka.net

— wo­­­­­­­­­­­­­­­łacz na­­­­­­­­­­­­­­­stępuje po­­­­­­­­­­­­­­­ni­żej

+2a – b

Już z da­le­ka do­strze­gli akor­de­on i te­raz zga­du­ją, do którego prze­dzia­łu wej­dę. Mam zwyczaj, że prze­chodzę od ostat­nie­go do pierw­sze­go i nie wy­obrażam już so­bie ina­czej. Celowo sto­ję w wi­docz­nym miej­scu, na linii cie­ka­wo­ści czy na­d­jeżdża dzie­siąt­ka, czy cz­ter­nast­ka. I tak jak by­łem uczony – ile­kroć skrzyżuję spoj­rze­nie ze znie­cier­pliwio­nym pa­sażerem, nie ważne jak gniew­ne, smut­ne czy lek­ceważące ono będzie, uśmie­cham się sze­ro­ko i uprzej­mie po­takuję ch­wytając ko­niec czap­ki. Pra­wie ją zdej­mu­ję.

Po­d­jeżdża. Nie wiem ja­ki numer. Spo­glądam za to na ilość lu­dzi w środ­ku. Gdyby pa­nował tłok, to mo­ja obec­ność z pew­no­ścią ich roz­zło­ści i nie zmie­ni te­go na­wet sto pra­wie zdjętych cza­pek. Staję z bo­ku drz­wi, za­praszam i wy­obrażam so­bie, że jestem czę­ścią ob­sługi od­po­wie­dzial­ną za ser­decz­nie przy­witanie. Na ko­niec wchodzę, sze­ro­ko roz­stawiam nogi, za­pie­ram ple­cy o po­ręcz, zdej­mu­ję blo­ka­dę i głośno mówię „dzień do­bry”.

Są w za­sadzie trzy, mo­że pięć melodii, których ocze­kują. Za­gram je, ale do­pie­ro pod ko­niec dnia, gdy już opad­nę z sił i prze­stanie mi za­le­żeć. Kie­dy będę mu­siał za­ro­bić. Do te­go cza­su po­zostaję so­bą. Roz­po­czynam bar­dzo głośno i te dźw­ięki za­ska­kują ich. Na ch­wilę ga­sną ro­z­mo­wy. Za­mie­rają. Pierw­sze dźw­ięki po­win­ny być łagod­ne i na­rastać stop­nio­wo. Tak by­ło, przy czym za­gra­łem je cz­te­ry prze­jaz­dy wcze­śniej. Oni nie­świa­domie do­łączyli w środ­ku więk­sze­go kon­cer­tu.

Po tym jak zdziwie­nie ustępuje i wraca­ją do ro­z­mów i czytania książek, ja prze­chodzę do głów­nej czę­ści. Od­ważn­ie kładę tyl­ko jeden akord, jak gdyby le­wa ręka przy­marz­ła mi do guzików. Pul­suję nim w osza­lałym, nie­regular­nym ryt­mie. Na tym tle wpro­wadzam zna­ną melodię. Dy­so­nans jej tem­pa i har­mo­nii z tłem jest tak nie­znośny, że nie po­zwala do­czytać ga­ze­ty i za­planować dnia. Ta mu­zyka brz­mi jak po­jedynek dwóch gra­jących jed­nocze­śnie akor­de­onistów. Za­mykam oczy i po pro­stu uśmie­cham się. Jestem sz­częśliwy.

Tram­waj zwal­nia. Najt­rud­niej jest mi wy­trzymać wej­ście nowych, nie­przygo­to­wanych osób. Ich ko­men­tarzy – za­płacę, żeby tyl­ko prze­stał. – Mi­mo za­le­ceń odw­racam się ple­ca­mi, aby nie wi­dzieć ich gryma­sów twarzy, wy­mia­ny po­ro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń, żar­tów. Do­pie­ro, gdy po­d­łoga po­now­nie dr­ży od jaz­dy a szy­by ude­rza­ją do­nośnie, wtedy wraca mi pew­ność sie­bie. I wtedy kończę.

+b – a

Cza­sem za­ja­dę gdzieś da­le­ko i długo cze­kam na pow­rót lub ni­ko­go nie ma w prze­dzia­le. W ta­kich sy­tu­acjach za­kładam blo­ka­dę i prze­wie­szam akor­de­on do ty­łu, aby opa­dał na ple­cy. Lu­bię jak prze­tar­ty skurzany pa­sek, na którym wi­si, prze­bie­ga po­między trze­cim a czwar­tym guzikiem kurt­ki. Mam ta­ki gest, że umiesz­czam go do­kład­nie po środ­ku, gdy przed ch­wilą po­ruszy­łem się.

Po­tem sia­dam i od­kładam na ław­kę ten in­strument, który przed ch­wilą po­prawiłem. Wiem, że to bez sen­su, ale uwiel­biam po­rząd­ko­wać przed­mio­ty, aby le­żały tak, jak po­win­ny. Pil­nuję się jed­nak, gdy ktoś mnie dłużej ob­ser­wuje. Gdy pod­gląda mo­je pre­cyzyj­ne za­gina­nie ga­ze­ty, wy­rów­nywanie jej nie­spiętych stron w rów­ny pro­sto­kąt, gdy do­strze­ga, że bar­dziej spo­glądam na te nie­rów­no­ści niż treść, wtedy ogar­nia mnie strach. Strach przed ety­kie­tą świra.

+b, -b

Gar­ścia­mi wyj­mu­ję mo­nety z kie­sze­ni. Dwuzłotów­ki układam w sto­sie po pra­wej stro­nie a po­zostałe sor­tu­ję ma­le­jąco, przy czym mie­dzia­ne gro­sze wy­rzucam – więcej utrapie­nia z ich nosze­niem, niż po­żyt­ku. Pięcio­złotów­ki wkładam do kie­sze­ni kurt­ki od stro­ny ser­ca. Ich ilość, to licz­ba osób, dla których by­ło war­to. Ogółem nie­wie­le te­go. Po­prawiam pa­sek i wracam do miesz­ka­nia.

Każda ro­dzina ma swój po­kój. Jest cia­sno. Idę do kuch­ni. Na ścia­nie garn­ki, niek­tóre po­d­wie­szone, kil­ka na blatach, jeden za­gra­ca po­d­łogę i pra­wie wpa­dam na nie­go. Otwie­ram szaf­kę za­waloną przy­prawami w siat­kach. Ude­rza ścia­na su­szonego orega­no. Półki po­krywa war­stwa so­li z niesz­czel­nej pa­pie­ro­wej tor­by. Próbu­ję nie zwario­wać. Sól wy­le­wa się na blat, od­ska­kuje i błoci po­sadz­kę z nie­rów­ną fugą. Pod­daję się. Wracam do po­ko­ju i pro­szę ciot­kę, o zro­bie­nie her­baty.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.