Jednak wejdę po schodach

10 03 2010 at 12:44 am 500/dzień
tags , ,
070
Mia­­­­­­­­­­­­­­­­now­nik:
Edrache i Ka­­­­­­­­­­­­­­­­pust­ka

Do­­­­­­­­­­­­­­­­pełn­­­­­­­­­­­­­­­­ia się
rysunek te­­­­­­­­­­­­­­­k­stem lub tekst rysun­kiem

Celow­nik:
1 rysunek i 500 słów dzie­­­­­­­­­­­­­­­n­nie

— tu­­­­­­­­­­­­­­­­taj celowo po­­­­­­­­­­­­­­­­mi­­­­­­­­­­­­­­­­nięty bie­­­­­­­­­­­­­­­r­nik

Na­­­­­­­­­­­­­­­­d­rzęd­nik:
z kim z czym łatwiej po­­­­­­­­­­­­­­­­ko­­­­­­­­­­­­­­­­nać bie­­­­­­­­­­­­­­­r­nik?

Mie­­­­­­­­­­­­­­­j­scow­nik:
edrache.pl oraz ka­­­­­­­­­­­­­­­­pust­ka.net

— wo­­­­­­­­­­­­­­­­łacz na­­­­­­­­­­­­­­­­stępuje po­­­­­­­­­­­­­­­­ni­żej

On

Jest ja­kiś po­wód, dla którego wiatr to sym­bol sza­leńs­twa. I jestem pe­wien, że gdy w do­mu waria­tów hu­czy prze­ciąg i pęd te­go, co nie­widocz­ne, pen­sjona­riu­sze wpa­trują się po­d­ek­s­cyto­wani, jak w te­le­wizor z ostat­nimi mi­nutami meczu na­szej re­pre­zen­tacji z ich re­pre­zen­tacją.

Gnam na ro­we­rze w par­ny dzień. Na horyzon­cie kłęby bu­rzy. W środ­ku kłęby wspom­nień. Gdybym był okrop­nie bo­ga­ty, tak nie­skończe­nie, że ja, mo­je bo­gac­two i zach­cian­ki stały by się układem trój­stron­nym mi­strza świa­ta, sto­łu te­niso­we­go i ama­tor­skie­go gra­cza, stanąłb­ym przed wy­bo­rem. Mógłb­ym prze­ka­zywać wszyst­ko bied­nym i po­trze­bu­jącym, a na­stęp­nie od­kupo­wałb­ym te przed­mio­ty i prze­ka­zywał je po­now­nie. Al­bo za­praszałb­ym swoich ek­s­cen­trycz­nych zna­jomych na po­ka­zy pod­pa­lanych wil­li. Kil­ku­na­sto­mi­nuto­wy po­kaz light and so­und czer­nie­jących Rem­bran­tów.

Ale z drugiej stro­ny, to mo­że tyl­ko wy­obrażenie. Bar­dziej obawa przed warian­tem sa­mego sie­bie, niż praw­dziwy wy­bór. W tej ch­wili nie mógłb­ym znisz­czyć na­wet te­go ro­we­ru. Aż te­go ro­we­ru, który opar­łem pod drze­wem, przy­wiązałem so­lid­nie łańc­u­chem i po­zwoliłem mu pa­trzeć, jak wspinam się po pniu. Po­dej­rze­wam, że jest prze­rażony. Jak eko-wo­jow­nik mi­mo wo­li. Bar­dzo mu współczuję. Żeby za­im­po­nować mi­liar­de­rom mo­gę na­po­ić ben­zyną sa­lon Stain­way and Sons, ale ro­we­rek zaw­sze po­zostawię.

Ona

Nie od­wie­dzałam ma­my już trzy ty­god­nie. Ucie­szona, rzucam się w ramio­na jak ma­ła dziew­czyn­ka, po czym wchodzimy do ja­snej kuch­ni z nie­samo­witą pa­noramą i przez kil­ka mi­nut wy­bie­ramy ro­dzaj her­baty. Ro­dzice wy­glądają na tak nie­samo­wicie zgra­ną pa­rę. Zaz­drosz­czę im. Mi­mo ty­lu lat trzyma­ją się razem, chyba na ty­le blisko, na ile to możl­iwe.

- Wciąż pro­wadzicie mu­zeum cór­ki? – wracam do starego te­ma­tu.
- Ko­chanie, ch­cemy żebyś zaw­sze mo­gła wrócić.
- A będzie­cie płacić kie­szon­ko­we jak daw­niej, czy więk­sze?
- Znacz­nie więk­sze, z bi­le­tów do mu­zeum odłożyliśmy po­kaźne osz­częd­no­ści – mówi uradowany ta­ta i ch­wyta pierw­szą lep­szą earl grey.

On

Słyszę jak metalowy eko-wo­jow­nik krzyczy na do­le z po­wodu na­rastającej bu­rzy. Uwie­siłem się na naj­wyższej do­stęp­nej ga­łęzi. Na twarz ude­rza­ją mi ciężk­ie kro­ple i sil­ne pod­mu­chy wia­tru. Drze­wo prze­chyla się, groźn­ie strze­la i pęka. Mam na­dzie­ję, że to nie po­tr­wa długo. Z jed­nej stro­ny nie mo­gę się już do­cze­kać, ale z drugiej wca­le nie mia­łem ochoty prze­mok­nąć. Za­czynam się obawiać, że ca­ły ten po­mysł do­pro­wadzi mnie wy­łącz­nie do wy­so­kiej go­rącz­ki i kil­ku be­z­na­dziej­nych dni w łóżku.

I gdy już ch­cę zrezygo­nować, wtedy przy­chodzi wiatr, od którego wi­dzisz ostat­nie mi­nuty na­szej re­pre­zen­tacji. Układa mnie pra­wie po­zio­mo. Mu­szę za­chować kon­cen­trację, ale prze­grywam z na­rastającym śmie­chem, jak­bym był na zna­ko­mi­tej ko­medii. Jed­nocze­śnie wy­bu­cha we mnie radość i strach, że w roz­prężeniu stracę kon­tro­lę i pusz­czę ga­łąź.

Ona

Od­wozi mnie ta­ta, mi­mo za­pew­nień, że au­to­bu­sy dzia­łają spraw­nie, mam bi­let i po pro­stu uwiel­biam ni­mi jeździć. W dro­dze na nowo roz­stawiam półki i zlew w kuch­ni, ale nie mo­gę ich roz­stawić, bo nie wy­mie­nio­ne są ka­fel­ki, ale nie mo­gę ich wy­mie­nić, bo nie zro­bio­na jest elek­tryka, ale nie mo­gę jej zro­bić, bo nie jest prze­sunięta ścian­ka dzia­łowa w sy­pial­ni…

On

Pa­norama mia­sta z da­le­ka wy­gląda jak ciem­ny kumu­lus i prze­chodzi w gra­nito­we wzgórza, za­ładowany statek kon­tenero­wy, cz­ter­dzie­ści ro­z­rzuconych opa­ko­wań za­pa­łek, dwadzie­ścia ustawio­nych pio­no­wo po­jem­ników na kost­ki lodu, za­walone lu­strami i ka­fel­ka­mi półki w ma­ga­zynie „twoja łazien­ka”, ciem­ny śro­dek stud­ni, do­mo­fon, win­da, jed­nak wej­dę po schodach, klu­cze, ona.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.